
MATRYCA SOMY:
Roman Bromboszcz nie jest li tylko autorem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu; jest on raczej operatorem sonosfery i rzeźbiarzem algorytmicznego mątu. Jako teoretyk mediów, artysta wizualny i poeta, od lat zajmuje pozycję na najdalszej rubieży polskiej transgresji literackiej. To on, z rzemieślniczą wręcz cierpliwością, zatarł granicę między „mięsem” a „kodem”, wprowadzając naszą literaturę w erę biocybernetycznego baroku.
W twórczości Bromboszcza słowo poddawane jest torturom, którym towarzyszy kunsztowny akompaniament pękających struktur. Autor uczynił z błędu cyfrowego – słynnego glitchu – narzędzie poznawcze cyfrowego obłędu. To, co dla innych jest awarią systemu, dla niego staje się momentem objawienia, szczeliną, przez którą przeziera surowa prawda o kondycji człowieka-plus. Jego fraza jest gęsta, rytmiczna, nasycona technicznym rygorem, a jednocześnie dziwnie organiczna, jakby pulsowała w takt drgających synaps.
Wizja „Ula”, którą Bromboszcz konsekwentnie rozwija, to nie tylko metafora społeczeństwa sieciowego, lecz przerażająco realny projekt ontologiczny. Autor z matematyczną precyzją opisuje proces, w którym indywidualność rozpuszcza się w zbiorowym szumie, a imiona własne ustępują miejsca bezdusznym desygnatom. To u niego y₁ i x₀ stają się bohaterami tragicznego eposu o utracie i odzyskiwaniu świadomości w świecie, gdzie jedynym stałym punktem jest nieubłagany takt procesora.
Porównywany do Pynchona ze względu na skalę paranoi oraz do Dicka przez wzgląd na metafizyczną niepewność, Bromboszcz pozostaje jednak zjawiskiem osobnym. Jego pokrewieństwo z Leśmianem objawia się w niespotykanej dotąd odwadze słowotwórczej – autor nie boi się neologizmów, które „bolą”, które syczą i dymią, oddając zapach palonych kabli i fermentującej somy.
Oddajemy w Państwa ręce tekst twórcy, który nie opisuje przyszłości – on ją transmituje, prosto do Państwa układu nerwowego, z dbałością o każdy piksel, każdą pauzę i każdy krwawiący akson.
To otwarcie cyklu, który być może definiuje na nowo granice wyobraźni. Zapraszamy do ula. Zapraszamy tam, gdzie kończy się obraz, a zaczyna puls.
To nie jest kolejna opowieść o automatach, co zapragnęły człowieczeństwa. To raport z miejsca, w którym pojęcie „człowiek” dawno już wyparowało, zostawiając po sobie jedynie duszny osad danych i biologiczne resztki, trwające w pośmiertnym dreszczu. Wydawnictwo Horyzont Idei wprowadza Państwa w przestrzeń, która nie prosi o wyrozumiałość – ona żąda całkowitego zanurzenia w swoim gęstym, biocybernetycznym męcie.
To, co trzymają Państwo w dłoniach, to strumień świadomości 2.0 i ewenement. Autor posługuje się specyficznym rodzajem strumienia świadomości. To nie jest rzeka myśli znana z dzieł Joyce’a czy Woolf; to raczej strumień danych sensorycznych, przepuszczony przez uszkodzony, gorączkujący ekstatyczny biologiczny procesor cyberpornofilozofii.
Zamiast opisów kruchych uczuć, otrzymujemy techniczne indeksy. Zamiast imion – desygnaty takie jak y1 czy x0. Ów chłód zapisu paradoksalnie potęguje lęk. Y₁ nie jest postacią, z którą się utożsamiamy w sposób tradycyjny – to jednostka, której losem współodczuwamy na poziomie komórkowym, jakbyśmy sami zostali podpięci do tego samego, wadliwego obwodu.
Aby ugruntować poetykę tej cybernaturalistycznej prozy na mapie literatury, musimy wskazać jej szlachetne pokrewieństwo. Niniejszy tekst to brakujące ogniwo między kilkoma nurtami, gdzie gęsta paranoja Thomasa Pynchona spotyka się z rozpadem rzeczywistości u Philipa K. Dicka.
Daje się tutaj odczuć coś w rodzaju upiornego neo-ducha Bolesława Leśmiana wywróconego do góry nogami, tył naprzód – objawia się on w niesamowitym, „mięsistym” słowotwórstwie, ale i w kontrze – w fizjologicznej biologii, która jest jednocześnie cudowna i odstręczająca. To świat brudnych, dusznych miast-uli, gdzie technologia przestała być luksusem, a stała się jedyną dostępną atmosferą, w której drżą rejterujące synapsy.
Czym jest „Kres przedstawiania”?
To serce dialektyki tego utworu. W klasycznej literaturze autor „przedstawia” nam świat – maluje go słowami. Tutaj następuje kres owej konwencji. Kres przedstawiania to moment, w którym obraz znika, a zostaje czysty impuls.
Postacie tracą wzrok i słuch nie po to, by cierpieć, lecz by przestać być jedynie obserwatorami. W świecie ula nie ma już „widoku” – jest tylko bezpośrednie doznanie częstotliwości i matematyczny pomruk. To literatura, która przestaje opisywać świat, a zaczyna go transmitować bezpośrednio do układu nerwowego.